Lizbona


    W każdym nowym mieście szukam czegoś co odróżnia je od pozostałych. Portugalia to wszechobecna ceramika i piękne klamki, moje serce jednak ciągnęło do kwiatów i koloru. T termin wyjazdu miał na to wpływ - w końcu w listopadzie szarość jest dominującym kolorem w Polsce. Także jeśli wasze dusze szukają ukojenia w zimowych miesiącach polecam wam wizytę w Lizbonie.       












Jeśli serce powiedziało tak i przekonało rozum do wyjazdu pozostaje obrać formę odkrywania. Zwiedzanie z listą atrakcji do zaliczenia daje nam pewność, że nie pominiemy czegoś ważnego, ciekawego i wartościowego.  Jednocześnie może być źródłem rozczarowania gdy miejsce oznaczone  na żywo nie dorasta do obrazu o nim przedstawionego. Dlatego warto sprawdzić co konkretne miasto ma do zaoferowania, nanieść sobie wybrane pozycje na mapę i wędrować. Bo jeśli naszym celem będzie tylko dotarcie do konkretnego punktu może nas ominąć wiele interesujących miejsc. Dajmy się ponieść ciekawości, zaglądajmy w każde otwarte drzwi i bramy,  a może właśnie wtedy natrafimy na coś czego nie ma w przewodnikach.  Bo nie chodzi tu o odhaczenie miejsc na mapie, a o odkrywanie każdego metra, kolejnej uliczki. Ile czasu potrzeba by poznać dane miasto, czy tydzień wystarczy, może dwa. Ja bym powiedział, że minimum to rok aby doznać wszystkiego co miejsce ma do zaoferowania. Od spokojnych cichych codziennych dni przez huczne wydarzenia. Niestety na tyle urlopu w pracy nam nie dadzą. Niech będzie to chociaż tydzień. 
Będziemy mieli czas poszukać punktów widokowych, które pokażą nam otoczenie w innych barwach.



Kilka metrów różnicy i dwie różne pory dnia, a w efekcie dwa inne światy.


W obecnych czasach najszybszą formą zdobywania informacji o danym miejscu są filmiki na YouTube, taka pigułka łatwa do przyswojenia. Warto jednak poświęcić chwilę i przeszukać blogi np. sprawdzając wpisy dla hasła: "instagramable places in Lisbon".  Może akurat znajdziemy coś czego nie ma w treściach powtarzanych na YT. Tak właśnie znalazłem dwa kościoły gdzie można wejść na dach. 

Pierwszym z nich była Bazylika Estrela.

Będąc w środku budynku można zauważyć liczne tabliczki z napisem "to miejsce modlitwy, a nie do fotografowania".  Z tego względu nie pokażę wam jak wnętrze prezentuję się z poziomu posadzki. Za to mam kadr ze spaceru przy kopule.


Nie często jest możliwość spaceru w takim miejscu,  zazwyczaj są one niedostępne dla zwiedzających.  Ja jednak miałem już okazje poruszać się w takim miejscu. Tylko dlatego że w trakcie studiów należałem do koła naukowego, gdzie zloto-usty profesor organizował wejścia w nietypowe miejsca. Nie żałujcie tych kilku euro na wejście do góry,  nie wiadomo kiedy będziecie mieli ponownie taką okazję. A widoki z góry na miasto są wyjątkowe.

 



Drugi obiekt, który oferował wstęp na dach to Kościół Łaski (Igreja da Graca) w Lizbonie.

Na wejściu zostajemy przywitani przestrzeniami wyłożonymi biało-niebieską ceramiką. Obrazy z przesłaniem w formie płytek. Dodatkowo przechodziłem przez krużganki prowadzące do klatki schodowej.


A zamiast wejścia pod kopułę miałem możliwość wejścia na poziom organów. To tylko dlatego że postanowiłem sprawdzić co dzieje się na korytarzu powyżej wirydaża. Ściany pokryte ceramiką zaprowadziły mnie do organ gdzie mogłem podziwiać z góry cały kościół. Jednocześnie będąc bliżej sklepienia które w kościele często przyzdabiano malowidłami przedstawiającymi niebo.

Kolejną atrakcją jednak zapowiedzianą wyraźnie przy zakupie biletu był poczęstunek trunkiem wedle uznania.  Do wyboru był sok,  kawa oraz dwa rodzaje wina. Popijanie wina w restauracji z widokiem to coś normalnego ale nigdy bym się nie spodziewał że ten trunek zaserwują mi na dachu kościoła w Portugalii. Deszcz w tym momencie nie miał żadnego znaczenia.




Jeśli warunki pogodowe są dalekie od idealnych warto poszukać parasolki i mimo wszystko wyjść. Poznajemy miasto w kolejnej odsłonie, trochę ukryte, mniej cukierkowe i pewnie bez tłumu ludzi. 



Kościoły to najlepiej zachowane zabytki, świadectwo historii która wydarzyła się w tym miejscu. Jeśli dodatkowo wnętrza nie maskują prawdy naszym oczom ukazuje się wyjątkowy obraz. Kościół Dominikanów w Lizbonie, czyli Igreja de São Domingos pokazuje dumnie swe liczne rany powstałe podczas pożaru w 1959 roku. 



W porównaniu do tego inne wnętrza zaczynają wyglądać jakoś przewidywalnie.



Chyba że mówimy o Klasztorze Hieronimitów w Lizbonie, czyli Mosteiro dos Jeronimos. Na opisanie piękna gotyckiego detalu mój zasób słów jest zbyt ubogi. Godzina czekania przed wejściem i tłum ludzi w żaden sposób nie umniejszy temu widokowi.




Inny magiczny oraz ulotny świat dostajemy codziennie dwukrotnie. Chodzi mi tu o wschody i zachody słońca. Wieczorem łatwiej podziwiać to kolorowe widowisko jednak ilość ludzi w danym miejscu może być większa niż optymalna. Nad ranem trafimy tylko na garstkę wybranych. W tym przypadku byli to biegacze i fotografowie. Z jednym takim lokalnym operatorem maszyny utrwalającej chwilę wymieniłem nawet kilka zdań. Podziwialiśmy zdjęcia przez nas wykonane przy muzeum MAAT, dostałem również wskazówkę o której warto polować na magiczne światło w tym miejscu. Coś w tym jest że poranne spacery z aparatem i statywem zawsze kończą się jakaś miłą rozmową z lokalnym fotografem.  Niestety nie miałem już okazji tam wrócić na poprawkę zdjęć, było tyle innych miejsc do okrycia. 



Nie samą architekturą i zabytkami żyje człowiek. Aby  na chwilę odpocząć w zieleni zawsze szukam lokalnych parków.  W tym poczułem się jak wśród swoich i jednocześnie zdziwiony.  Liczna grupa Urban Sketchers siedzących i malujących  głównie akwarelą, a do tego liczne ptactwo biegające po okolicy. Do widoku gołębi i kaczek każdy się już przyzwyczaił ale kogutów i kur jeszcze nie widziałem w parku pod ławką. 



W przerwie między zdobywaniem kolejnych zakamarków,  odkryłem lokalny przysmak - pieczone kasztany.  Długo nie wiedziałem jak nazwać to doznanie zaserwowane podniebieniu. Dopiero po ponownym sięgnięciu do książki "Lizbona miasto, które przytula" znalazłem opis - ziemniaczano orzechowy smak - wciągnął mnie na dobre.  Nie wiedziałem, że mogą tak dobrze smakować. O niebo lepsze od spotykanego u nas popcornu czy frytek. To była udana inwestycja w rozpieszczanie podniebienia.



Ile kontynentów, narodowości, miast, tyle różnych podejść do tematu śmierci. Cmentarz w Moskwie słynie z przepięknie zdobionych pomników, ten w Wilnie wygląda momentami jakby zapomniany przez świat choć równie nastrojowy z rzeźbami i zdobionymi krzyżami. A w Lizbonie Cemiterio dos Prazeres (Cmentarz Przyjemności)  to uliczki pełne grobowców przypominających małe domki. Do tego drzewa których pnie wyglądają jakby składały się z kilkunastu mniejszych na chwilę łączących się w jedność aby przebić się przez skorupę ziemską i chwile później rozejść się każde w inną stronę w kierunku nieba. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim pomniki aniołów. Brzmi to jak opis zaczarowanego miasteczka ukrytego pośród drzew, brakuje tylko magicznych stworów pilnujących tych terenów.  Jednak jeśli chwilę się zastanowić to na wejściu spotkaliśmy "strażników świętego spokoju" . To pierwsze co mi się nasunęło  gdy zobaczyłem koty wylegujące się na ławkach i w plamach słońca pod pomnikami. Czworonożni strażnicy obserwujący przybyłych, obecni a jednak trzymający się z daleka.







Zakamarek za zakamarkiem, kolejne uliczki te turystyczne i te codzienne. Powoli przechodziłem do nowszej części miasta aby zaznać też trochę nowej zabudowy. 






Współczesnych obiektów jednak nie ustrzeliłem zbyt wiele, najważniejszy był dla mnie dworzec kolejowy, który pamiętałem z czasów studenckich i licznych magazynów o architekturze. Ażurowa filigranowa konstrukcja która zachwycała swoją lekkością i smukłością, dziś okazała się drobnym niewypałem. Deszcz i wiatr swobodnie dostał się na perony, funkcja ochronna zadaszenia nie do końca była spełniona. Może w słoneczny dzień działa to lepiej.




Wracając do starszej części miasta sprawdzałem na mapie czy jest jakaś inna opcja dojścia do kolejnego miejsca. Czy jeśli skręcę uliczkę wcześniej nie spotka mnie coś nowego. 








Miejsca które wydają się zagracone, wręcz nieciekawe mogą nabrać innego wyrazu jeśli pozwolimy sobie spojrzeć na nie w innym świetle.





Gdy się zastanawiałem nad tym jakie zdjęcie muszę mieć w kolekcji, odpowiedź była prosta - z tramwajem. Jak się okazało okazji ku temu było sporo.






Popularne posty