Jeśli serce powiedziało tak i przekonało rozum do wyjazdu pozostaje
obrać formę odkrywania. Zwiedzanie z listą atrakcji do zaliczenia daje
nam pewność, że nie pominiemy czegoś ważnego, ciekawego i
wartościowego. Jednocześnie może być źródłem rozczarowania gdy
miejsce oznaczone na żywo nie dorasta do obrazu o nim
przedstawionego. Dlatego warto sprawdzić co konkretne miasto ma do
zaoferowania, nanieść sobie wybrane pozycje na mapę i wędrować. Bo
jeśli naszym celem będzie tylko dotarcie do konkretnego punktu może
nas ominąć wiele interesujących miejsc. Dajmy się ponieść ciekawości,
zaglądajmy w każde otwarte drzwi i bramy, a może właśnie wtedy
natrafimy na coś czego nie ma w przewodnikach. Bo nie chodzi tu
o odhaczenie miejsc na mapie, a o odkrywanie każdego metra, kolejnej
uliczki. Ile czasu potrzeba by poznać dane miasto, czy tydzień
wystarczy, może dwa. Ja bym powiedział, że minimum to rok aby doznać
wszystkiego co miejsce ma do zaoferowania. Od spokojnych cichych
codziennych dni przez huczne wydarzenia. Niestety na tyle urlopu w
pracy nam nie dadzą. Niech będzie to chociaż tydzień.
Będziemy mieli czas poszukać punktów widokowych, które pokażą nam
otoczenie w innych barwach.

Kilka metrów różnicy i dwie różne pory dnia, a w efekcie dwa
inne światy.
W obecnych czasach najszybszą formą zdobywania informacji o danym miejscu
są filmiki na YouTube, taka pigułka łatwa do przyswojenia. Warto jednak
poświęcić chwilę i przeszukać blogi np. sprawdzając wpisy dla hasła:
"instagramable places in Lisbon". Może akurat znajdziemy coś czego
nie ma w treściach powtarzanych na YT. Tak właśnie znalazłem dwa kościoły
gdzie można wejść na dach.
Pierwszym z nich była Bazylika Estrela.
Będąc w środku budynku można zauważyć liczne tabliczki z napisem "to miejsce
modlitwy, a nie do fotografowania". Z tego względu nie pokażę wam jak
wnętrze prezentuję się z poziomu posadzki. Za to mam kadr ze spaceru przy
kopule.
Nie często jest możliwość spaceru w takim miejscu, zazwyczaj są one
niedostępne dla zwiedzających. Ja jednak miałem już okazje poruszać
się w takim miejscu. Tylko dlatego że w trakcie studiów należałem do koła
naukowego, gdzie zloto-usty profesor organizował wejścia w nietypowe
miejsca. Nie żałujcie tych kilku euro na wejście do góry, nie wiadomo
kiedy będziecie mieli ponownie taką okazję. A widoki z góry na miasto są
wyjątkowe.
Drugi obiekt, który oferował wstęp na dach to Kościół Łaski (Igreja da
Graca) w Lizbonie.
Na wejściu zostajemy przywitani przestrzeniami wyłożonymi biało-niebieską
ceramiką. Obrazy z przesłaniem w formie płytek. Dodatkowo przechodziłem
przez krużganki prowadzące do klatki schodowej.
A zamiast wejścia pod kopułę miałem możliwość wejścia na poziom organów. To
tylko dlatego że postanowiłem sprawdzić co dzieje się na korytarzu powyżej
wirydaża. Ściany pokryte ceramiką zaprowadziły mnie do organ gdzie mogłem
podziwiać z góry cały kościół. Jednocześnie będąc bliżej sklepienia które w
kościele często przyzdabiano malowidłami przedstawiającymi niebo.
Kolejną atrakcją jednak zapowiedzianą wyraźnie przy zakupie biletu był
poczęstunek trunkiem wedle uznania. Do wyboru był sok, kawa oraz
dwa rodzaje wina. Popijanie wina w restauracji z widokiem to coś normalnego
ale nigdy bym się nie spodziewał że ten trunek zaserwują mi na dachu
kościoła w Portugalii. Deszcz w tym momencie nie miał żadnego znaczenia.
Jeśli warunki pogodowe są dalekie od idealnych warto poszukać parasolki i
mimo wszystko wyjść. Poznajemy miasto w kolejnej odsłonie, trochę ukryte,
mniej cukierkowe i pewnie bez tłumu ludzi.
Kościoły to najlepiej zachowane zabytki, świadectwo historii która
wydarzyła się w tym miejscu. Jeśli dodatkowo wnętrza nie maskują prawdy
naszym oczom ukazuje się wyjątkowy obraz. Kościół Dominikanów w
Lizbonie, czyli Igreja de São Domingos pokazuje dumnie swe liczne rany
powstałe podczas pożaru w 1959 roku.
W porównaniu do tego inne wnętrza zaczynają wyglądać jakoś
przewidywalnie.
Chyba że mówimy o Klasztorze Hieronimitów w Lizbonie, czyli
Mosteiro dos Jeronimos. Na opisanie piękna gotyckiego detalu mój zasób słów
jest zbyt ubogi. Godzina czekania przed wejściem i tłum ludzi w żaden sposób
nie umniejszy temu widokowi.
Inny magiczny oraz ulotny świat dostajemy codziennie dwukrotnie. Chodzi mi
tu o wschody i zachody słońca. Wieczorem łatwiej podziwiać to kolorowe
widowisko jednak ilość ludzi w danym miejscu może być większa niż
optymalna. Nad ranem trafimy tylko na garstkę wybranych. W tym przypadku
byli to biegacze i fotografowie. Z jednym takim lokalnym operatorem
maszyny utrwalającej chwilę wymieniłem nawet kilka zdań. Podziwialiśmy
zdjęcia przez nas wykonane przy muzeum MAAT, dostałem również wskazówkę o
której warto polować na magiczne światło w tym miejscu. Coś w tym jest że
poranne spacery z aparatem i statywem zawsze kończą się jakaś miłą rozmową
z lokalnym fotografem. Niestety nie miałem już okazji tam wrócić na
poprawkę zdjęć, było tyle innych miejsc do okrycia.
Nie samą architekturą i zabytkami żyje człowiek. Aby na chwilę
odpocząć w zieleni zawsze szukam lokalnych parków. W tym poczułem
się jak wśród swoich i jednocześnie zdziwiony. Liczna grupa Urban
Sketchers siedzących i malujących głównie akwarelą, a do tego liczne
ptactwo biegające po okolicy. Do widoku gołębi i kaczek każdy się już
przyzwyczaił ale kogutów i kur jeszcze nie widziałem w parku pod
ławką.
W przerwie między zdobywaniem kolejnych zakamarków, odkryłem lokalny
przysmak - pieczone kasztany. Długo nie wiedziałem jak nazwać to
doznanie zaserwowane podniebieniu. Dopiero po ponownym sięgnięciu do
książki "Lizbona miasto, które przytula" znalazłem opis - ziemniaczano
orzechowy smak - wciągnął mnie na dobre. Nie wiedziałem, że mogą tak
dobrze smakować. O niebo lepsze od spotykanego u nas popcornu czy frytek.
To była udana inwestycja w rozpieszczanie podniebienia.
Ile kontynentów, narodowości, miast, tyle różnych podejść do tematu
śmierci. Cmentarz w Moskwie słynie z przepięknie zdobionych pomników, ten
w Wilnie wygląda momentami jakby zapomniany przez świat choć równie
nastrojowy z rzeźbami i zdobionymi krzyżami. A w Lizbonie Cemiterio dos
Prazeres (Cmentarz Przyjemności) to uliczki pełne grobowców
przypominających małe domki. Do tego drzewa których pnie wyglądają jakby
składały się z kilkunastu mniejszych na chwilę łączących się w jedność aby
przebić się przez skorupę ziemską i chwile później rozejść się każde w
inną stronę w kierunku nieba. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim pomniki
aniołów. Brzmi to jak opis zaczarowanego miasteczka ukrytego pośród drzew,
brakuje tylko magicznych stworów pilnujących tych terenów. Jednak
jeśli chwilę się zastanowić to na wejściu spotkaliśmy "strażników świętego
spokoju" . To pierwsze co mi się nasunęło gdy zobaczyłem koty
wylegujące się na ławkach i w plamach słońca pod pomnikami. Czworonożni
strażnicy obserwujący przybyłych, obecni a jednak trzymający się z daleka.
Zakamarek za zakamarkiem, kolejne uliczki te turystyczne i te codzienne.
Powoli przechodziłem do nowszej części miasta aby zaznać też trochę nowej
zabudowy.

Współczesnych obiektów jednak nie ustrzeliłem zbyt wiele, najważniejszy
był dla mnie dworzec kolejowy, który pamiętałem z czasów studenckich i
licznych magazynów o architekturze. Ażurowa filigranowa konstrukcja która
zachwycała swoją lekkością i smukłością, dziś okazała się drobnym
niewypałem. Deszcz i wiatr swobodnie dostał się na perony, funkcja
ochronna zadaszenia nie do końca była spełniona. Może w słoneczny dzień
działa to lepiej.
Wracając do starszej części miasta sprawdzałem na mapie czy jest jakaś
inna opcja dojścia do kolejnego miejsca. Czy jeśli skręcę uliczkę
wcześniej nie spotka mnie coś nowego.
Miejsca które wydają się zagracone, wręcz nieciekawe mogą nabrać innego
wyrazu jeśli pozwolimy sobie spojrzeć na nie w innym świetle.
Gdy się zastanawiałem nad tym jakie zdjęcie muszę mieć w kolekcji,
odpowiedź była prosta - z tramwajem. Jak się okazało okazji ku temu było
sporo.